Maroko było moim podróżniczym marzeniem już od liceum. I choć ta piękna przygoda już za mną, to nadal mając w sercu cudowną życzliwość Marokańczyków, przed oczami piękne widoki, a w uszach muzykę z placu Jamaa El Fna – na świeżo postanowiłam usiąść do wpisu o wyprawie 🙂 

Nie chciałabym pisać tutaj o pogodzie, rezerwacji noclegu czy obowiązującej walucie, bo o tym można przeczytać wszędzie. Wpis będzie pełen ciekawostek, o których obiecuję: nie przeczytacie w poradnikach i które zaskoczyły nawet mnie 🙂

Kilka słów o samym Maroko i marokańczykach:

To, co najbardziej ujęło mnie w Maroku to podejście do życia. Po pierwsze: luz 🙂 Ludzie żyją tam bardzo biednie. Wielu z nich nie potrafi ani pisać ani czytać. Jest to w kraju nadal temat dość wstydliwy.

 

Marokańczycy choć sami nie mają wiele – chętnie pomogą i oddadzą innym, co mogą. Jednym z filarów islamu jest jałmużna – gdy Marokańczyk oprowadzał nas ulicami medyn, każdej ubogiej/bezdomnej osobie, która siedziała na ulicy – wciskał w rękę kilka dirhamów.

 

W Maroku rodzina jest świętością. Tutaj młode małżeństwo nie wyprowadza się na ,,swoje”. Cale rodziny mieszkają razem: dziadkowie, rodzice, dzieci, wnuki, wujkowie i ciotki. Domy często nie mają dachów, ale nie wynika to z oszczędności, ale z tego, że gdy wprowadza się nowe pokolenie np. żona (i zaraz pojawia się dzieci), to dobudowuje się kolejne piętro 🙂 Co jeszcze? SZACUNEK. Najważniejszą osoba w rodzinie jest osoba najstarsza, więc babcie czy dziadkowie traktowani są z ogromnym respektem. Ciekawostka: wbrew mitom, nie zawsze mężczyzna jest głową rodziny, a kobieta nie jest mu podległa 😉 W Maroku są regiony, gdzie to kobieta jest głowa rodziny! Pracuje, zarabia, robi zakupy. A mężczyźni? Siedzą wtedy w kawiarni na herbacie 🙂

Dużą część mieszkańców stanowią Berberowie – jest to lud, który niegdyś z chrześcijaństwa podległ islamizacji, ostał w Maroku, jednak Berberowie zachowali swoją własną, odmienną kulturę, stroje, zwyczaje, muzykę czy obyczaje.

Marakesz

Miejsce, które można pokochać lub znienawidzić. Ale na pewno nie można koło niego przejść obojętnie. To, co nasunęło mi się na myśl po wyprawie do Marakeszu to to, że to miasta przytłacza. Dosłownie. Wciąga, przygniata. Dodaje energii, ale też mnóstwo jej zabiera. Wypełnia całym sobą nie dając ani odrobiny przestrzeni. Marakesz był piękniejszy niż się spodziewałam. Był piękny, ale i bardzo różnorodny. Marzyłam o spacerze w ciasnych uliczkach medyny czy souku – marzenie się spełniło, a najlepsze jest to, że zwykły spacer w tym mieście był tak naprawdę najlepszym doświadczeniem i jeśli można tak powiedzieć – atrakcją tego wyjazdu.

 

 

 

 

Niewątpliwie Marakesz to zaklinacze węży, treserzy małp (czego nie popieramy i czym gardzimy ze względu na cierpienie zwierząt), wszechobecna muzyka i mnóstwo kolorów. 💛 Klimat berberyjskiej kultury unosi się wszędzie. Nie sposób nie dotrzeć na tamtejszy souk, gdzie nie można dać kilku kroków bez zaczepienia przez tamtejszych handlarzy czy sprzedawców. Spacer uliczkami mediny, najlepiej z przewodnikiem ze względu na skomplikowany labirynt ciasnych i wąskich uliczek pozwala zobaczyć prawdziwe życie miasta.

Nasze zwiedzenie zakończyliśmy na placu Jamaa El Fna (zabytek UNESCO) gdzie w marokańskim upale w środku miasta można skosztować świeżo wyciskanego soku z pomarańczy sprzedawanego na każdym kroku.🍊 Wierzcie, nigdzie nie smakuje tak, jak tam po całym dniu chodzenia i zwiedzania 🙂

Droga z Agadiru do Marakeszu to jedyne miejsce, gdzie rosną drzewa arganowe – ich korzenie sięgają nawet do 30 metrów pod ziemią, a olej arganowy jest perełką tego miejsca. Z kupnem oleju trzeba uważać: niemal wszędzie wciskany jest kit – olej arganowy zmieszany z olejem słonecznikowym, a w cenie nawet 50 euro za litr, więc zdecydowanie trzeba szukać sprawdzonych miejsc.

 

Na wspomnianym souku (lokalny targ) w Maroku kupić można wszystko – wyroby skórzane, srebrne, naczynia, ubrania, warzywa, owoce, słodycze, orzechy, herbaty, kosmetyki, obuwie, biżuterię, a nawet zrobić sobie hennę 🙂

W Marakeszu odwiedziliśmy też Minaret Koutoubia, bramę Bab Agnaou, Muzeum Dar Si Said, ogród w centrum miasta oraz dzielnicę żydowską.

 

 

Rejon Massa

Niedaleko malowniczego miasteczka Sidi Ifni, w górach Antyatlasu leży jedna z najpiękniejszy plaż w Maroku – o ile nie najpiękniejsza. Wszystko dzięki imponującym czerwonym łukom (lub raczej jednemu – kilka lat temu jeden z nich się zawalił).

To miejsce urzekło mnie chyba najbardziej – spokój, cisza, szum oceanu, a z drugiej strony góry z chatkami z niebieskimi oknami i drzwiami. Do tego miętowa herbata i nic więcej do szczęścia nie potrzeba..

Będąc w tych rejonach mogliśmy poznać smak prawdziwego Maroka – pozbawionego turystyki. Małe miasteczka, gdzie życie toczy się zupełnie innym tempem są niesamowicie urokliwie i ciekawe. Spacer ich uliczkami mógłby trwać całymi godzinami.

 

 

 

 

 

We miasteczku Sibi Bibi wczesnym rankiem (gdy kobiety w burkach odprowadzały swoje dzieci do szkoły) odwiedziliśmy miejsce, gdzie wyrabiane są gliniane naczynia – tajiny. W Tiznicie udaliśmy się do fabryki srebra. W drodze powrotnej w górach Antyatlasu mieliśmy okazję przeżyć coś, czego prawdopodobnie już nigdy nie przeżyjemy – w domu berbera (a raczej w chatce ze słomy),  gdzieś w górach, bez zasięgu i cywilizacji, zjedliśmy prawdziwy berberyjski obiad (tajine i kuskus), zostaliśmy poczęstowani owocami i zieloną herbatą oraz berberyjskim pieczywem.

 

 

 

 

 

Agadir

Jeśli chodzi o Agadir, to wiele osób ma na jego temat negatywne zdanie – w tym sami Marokańczycy. Wyjaśnię dlaczego. Agadir jest miejscowością typowo turystyczną. Na próżno szukać tutaj prawdziwego klimatu i ducha Maroka. Wszystko przez to, że w wyniku trzęsienia ziemia 60 lat temu – całe miasto zostało zniszczone, a 1/3 mieszkańców – zginęła. Agadir został więc odbudowany, jest miastem nowym, w którym poza szczątkami starych murów Maroka na Kazbie (górze, która znajduje się nad Agadirem), nic nie jest tradycyjne i Marokańskie. Poza tym – Agadir jest bardzo drogi. Bardzo, bardzo drogi. Ceny są tu nawet 4 x wyższe niż w innych miastach! Dla przykładu: na południu Maroka, w małym miasteczku zapłaciliśmy za 2 paczki ciasteczek i jednego batonika: 3 dirhamy (1,20 zł). W Agadirze za zwykłą, małą tabliczkę czekolady zapłaciliśmy… 25 dirhamów (10 zł). Kolejna kwestia działająca na minus Agadiru to pogoda. Nawet nie można spokojnie wygrzać się pod palmą 😉 Agadir jest bowiem dość ,,chłodny” patrząc na ogólny klimat Maroka: nawet latem temperatura wynosi tu około 25 stopni. Agadir jest często zachmurzony, a do godziny 13:00 rzadko kiedy wychodzi słońce. Wszystko przez jego położenie – z jednej strony ocean, z drugiej chmury. Wyjeżdżając z Agadiru już po około 30 km widzimy jak chmury się rozpływają, wyjeżdżamy w pełne słońce, a temperatura rośnie i rośnie jadąc ,,w głąb” kraju do ponad 30 stopni (i więcej).

Nie mogę jednak powiedzieć, że Agadir mi się nie podobał – Agadir ma swój urok, szczególnie promenada i zachody słońca na plaży oraz efektowny napis na Kazbie: ,,Bóg, Ojczyzna, Król”.

Co się je i pije w Maroku ❓

Odpowiadając na to pytanie mogłabym użyć jedynie kilku słów: tajine i miętowa herbata❗🍵 Herbata miętowa czyli berberyjska whiskey to coś więcej niż napój. Ponieważ w Maroku alkohol jest zakazany, napój ten ma kopać jak whiskey – a wszystko za sprawą intensywnego aromatu mięty oraz diabelsko ogromnej ilości cukru, co u Europejczyków powoduje ciarki, gdy tylko się o tym słyszy 🙂 Tutaj ,,kostka cukru” przypomina raczej blok cukru, a do dzbanuszka wrzuca się takich kilka. Cukier według Marokańczyków ma krzepić, dodawać sił i jest symbolem dobrobytu. Marokańską herbatą poczęstują nas wszędzie – w domu, w sklepie czy w kawiarni.🍵 Dla Marokańczyków picie herbaty to coś więcej – to kultura, rytuał, chwila spokoju na delektowanie się jej smakiem, a sam proces jej parzenia jest równie skomplikowany jak chiński. Co więcej – herbatę pije się tutaj kilka razy dziennie i zgodnie z zasadą, należy wypić przynajmniej 3 szklaneczki 🙂 Odmówienie herbaty, gdy nas ją częstują jest wielkim nietaktem. Gdy dostajesz filiżankę (swoją drogą, filiżanki do marokańskiej herbaty też są specjalne, często z bardzo ładnymi wzorami) herbaty, po prostu dziękujesz i bierzesz i nie myślisz, ile tam jest cukru, tylko delektujesz się jej smakiem 🙂

 

 

 Herbatę przygotowuje się w specjalnych czajniczkach i polewa w charakterystyczny sposób – tak, aby na wierzchu powstała pianka. Herbatę pija się nawet w okolicach Sahary – ma orzeźwiać i uzupełniać płyny podczas upałów. ☀️ Mówią, że ta herbata uzależnia i zdecydowanie jest to prawda ❗Dowodem może być to że wpis dodaję siedząc przy dźwiękach cudownej marokańskiej muzyki, a obok mnie… filiżanka aromatycznej miętowej herbaty, której mogłabym ze sobą do Polski przywieźć całą walizkę albo i dwie 🙂

Tajine 

To tradycyjna potrawa którą jada się na obiad i kolację, pod różnymi postaciami.  Nazwa pochodzi od naczynia, w którym jest ono przygotowywane (zdjęcia z miejsca, gdzie wyrabia się tajiny poniżej). Składa się ono z glinianej podstawki oraz przykrywki w kształcie stożka, który nakłada się na podstawkę. Dzięki temu całe danie dusi się we własnej parze, sokach z warzyw, przyprawach i cały aromat zatrzymywany jest w środku.

Tajine można zrobić ze wszystkiego: z warzyw (cukinia, marchewka, ziemniaki, bakłażan, kalafior, kapusta, soczewica) czy też z dodatkiem mięsa. 🥕🍆🥔 W Maroku najczęściej jest to kurczak czy jagnięcina.

 

 

Nie mogło być inaczej na obiedzie w domu Berbera w górach Antyatlasu- zostaliśmy poczęstowani tajinem z kurczakiem oraz kaszą kuskus z warzywami. W Maroku nie używa się noża czy widelca. Cała rodzina gromadzi się przy tajinie, je tylko i wyłącznie 3 palcami prawej ręki i to prosto z naczynia 🙂 Kuskus w Maroku to danie ,,odświętne” trochę jak u nas rosół w niedzielę🙂, które jada się w piątki (piątki w Maroku to odpowiednik polskich niedziel). Kuskus również jada się ręką, zwijając ziarna w kuleczki 🙂 W kuchni marokańskiej charakterystyczne są nietypowe połączenia smakowe, najczęściej potraw wytrawnych ze słodkim. Ryż z cynamonem i rodzynkami to klasyk, ale zajadałam się też tajinem z kurczakiem, warzywami, miodem i suszonymi morelami, jagnięcina ze suszonymi śliwkami, ciecierzycą czy kapustą z rodzynkami. Pycha ❗Muszę jednak przyznać, że smaki są tak wyraziste i pełne, że nie sposób zjeść dużych ilości, czuć wtedy zdecydowanie przesyt. Największym zaskoczeniem była pastella 😱 Z opisu dania, zdaje się to być nie do przełknięcia dla europejczyków: składa się ono z kurczaka, orzechów, migdałów, soku pomarańczowego, jajek, cukru i cynamonu. Warto było jednak zaryzykować.. to była jedna z najlepszych i najbardziej zaskakujących rzeczy, jakie zjadłam w Maroku ❗

 

 

Śniadania w Maroku – są przeciwieństwem tych, do których przywykliśmy. Składają się raczej z kawałka marokańskiego chleba lub bagietki z dżemem, często spotyka się też marokańskie naleśniki (msemmen). Msemmen to placko-naleśniki polewane miodem lub amlou (amlou-spożywczy olej arganowy + miód + migdały) są prawdopodobnie jedną z najlepszych rzeczy na tym świecie ❤❗ Na śniadanie jadłam je codziennie – są równie uzależniające jak marokańska herbata 🙂 Jada się tez okrągłe naleśniki z dziurkami – baghrir, ale te nie przypadły mi do gustu. Jeśli chodzi o słodycze, to tutaj wymienić mogę: chebakia (ciastka migdalowe z miodem), griba bahla (ciasteczka sezamowe) czy też seffa (drobny makaron z rodzynkami na słodko).

 

 

Zupa na zdjęciu to harira – czyli tradycyjna zupa marokańska, trochę jak nasza polska pomidorówka 😂 Harira ma jednak zupełnie inny smak dzięki kompozycji przypraw, jakie są do niej dodawane. Robi się ja na mięsie, z dodatkiem warzyw oraz soczewicy. My jedliśmy harire z drobnym makaronem. Jest bardzo rozgrzewająca i krzepiąca – nie bez powodu jada się właśnie podczas ramadanu aby dodała sil po długim poście 🙂

 

Inne ciekawostki:

– należy uważać i być grzecznym, aczkolwiek bardzo asertywnym wobec nachalnych sprzedawców. Uwaga też na osoby z małpkami czy wężami – mogą podbiec, wsadzić węża na plecy i zażądać pieniędzy za zdjęcie go

– w Agadirze nie należy wchodzić na wydmy znajdujące się z lewej strony promenady – choć nie ma żadnego znaku zakazu, wydmy należą do Króla i po przekroczeniu granicy ostatniego hotelu – może koło Was wyrosnąć nagle tutejsza policja

– życie w Maroku toczy się szczególnie wieczorami i nocami

– Marokańczycy mają czas na wszystko, a już szczególnie na pogawędki czy herbatki – nie rozumieją Europejskiego pośpiechu (i dobrze!)

– spotkaliśmy wielu ćwiczących na plażach czy otwartych siłowniach mężczyzn, a nawet kobiety! Sport i aktywność są w Maroku co raz bardziej popularne

– w Maroku warto zamieszkać w riadzie – są to tradycyjne domy z ogrodem w centrum – miejsce relaksu, odpoczynku od zgiełku miasta

– w Maroku nie ma plastikowych torebek i siatek. Wszystkie zakupy pakowane są w siateczki materiałowe. Plastik dostaliśmy w zasadzie tylko kupując sok pomarańczowy w Marakeszu. Poza tym dostawialiśmy papierowe kubki, talerzyki, nie dostawaliśmy słomek, a zamiast plastikowych mieszadełek do napojów – dostawaliśmy normalne łyżeczki

-na przedmieściach Agadiru spotkamy domy z wywieszona czerwona flaga – są to domy zbudowane tam na dziko, gdzie nie ma wody czy prądu

-w Maroku jest obowiązkowa służba wojskowa dla kobiet

Moje serce zostało w Maroku ze względu na styl życia, jaki tam panuje. Mój wyjazd wypadł akurat po okresie bardzo wzmożonej pracy, gdzie byłam kłębkiem stresu, nerwów i niepowodzeń. Podróż otworzyła mi oczy. Uspokoiłam oddech, wyczyściłam głowę, zaczęłam wreszcie normalnie sypiać. Wyluzowałam i zrozumiałam, że… nie muszę nigdzie gonić bo tak naprawdę – NIC NIE MUSZĘ 🙂 I zrozumiałam, że przepracowana i zestresowana nie jestem szczęśliwa. Żyjąc w błędnym kole obowiązków nie jestem szczęśliwa nie mając czasu dla rodziny, przyjaciół, bliskich czy nawet na przeczytanie 10 stron książki. Nie chcę zaczynać dnia od kawy, którą piję w pośpiechu i kończyć go patrząc na listę zadań, których znów nie zdążyłam zrobić. W Maroku nie ma takiej presji – nie trzeba więcej pracować, aby więcej zarabiać, bo nie ma na co tych większych pieniędzy wydać 🙂 Spokój ducha, rytm dnia wyznaczany przez posiłki i porę herbaty, gościnność, rodzina, życie bez Internetu i laptopa – to jest fajne życie choć zupełnie inne życie. Dlatego mimo tego, że nie jesteśmy w stanie zaczerpnąć tego wszystkiego do własnej codzienności, to chociaż trochę możemy przemyśleć, wziąć do serca i choć część w naszym życiu – zmienić na lepsze i żyć z uśmiechem 🙂

 

 

 

 

Może Ciebie jeszcze zainteresować:

Żywność, która niszczy Twój uśmiech! (jak zapobiegać próchnicy)

Próchnica – temat, który w kontekście dietetyki poruszany jest bardzo rzadko, a szkoda… Skoro tak niewiele się o tym mówi,…

Maroko – podróż do krainy orientu

Maroko było moim podróżniczym marzeniem już od liceum. I choć ta piękna przygoda już za mną, to nadal mając w…

Czy kawa rozpuszczalna to ,,sama chemia”?

W świetle nauki nie ulega wątpliwości fakt, że konsumpcja kawy – w odpowiednich ilościach, może mieć istotne korzyści zdrowotne. Zwolennicy…