Trzymasz dietę, wylewasz z siebie siódme poty na treningu.. a mimo wszystko nie chudniesz. Szczególnie w okolicach brzucha. Czy to brzmi dla Ciebie znajomo?
Niestety często spotykam się ze sytuacją, kiedy ktoś chce tak bardzo, że aż za bardzo. Ludzie obierają sobie górnolotne cele i są w stanie zrobić wszystko aby je osiągnąć. Oczywiście nie wszyscy. Ale kwestia charakterów, ambicji i działania ludzi, które są bardzo odmienne, to już temat na osobny post.

W pogoni za danym ideałem sylwetki, szuka się dróg na skróty, szuka się magicznych sposobów i co najgorsze, kopiuje się tych, którzy osiągnęli to, na czym nam zależy. To, co wpajam do głowy wszystkim moim podopiecznym to: hej, nie tędy droga! I zaraz powtarzam, że przecież nie od razu Rzym zbudowano, prawda?

Podstawowym błędem jest stosowanie się do idiotycznych redukcyjnych zaleceń, które promowane są w mass mediach: na II śniadanie owoc, na podwieczorek kefir, gdzieś pomiędzy serek wiejski i tylko chudy cycek z kurczaka.  Należy ograniczyć ziemniaki, ale w sumie bułka z chudym twarożkiem na śniadanie będzie jak najbardziej w porządku. Do tego należy dołożyć  ciężki trening, bo im więcej tym lepiej. I oczywiście hasło: no pain, no gain.

O ile, można pociągnąć w taki sposób kilka tygodni i miesięcy, to ostatecznie jest to dla nas strzał w kolano. Strzał w kolano dla efektów, o których marzymy. Można dawać z siebie wszystko w aspekcie żywienia i ćwiczeń, ale jeśli doprowadzimy naszą gospodarkę hormonalną do rozchwiania, dołek i brak efektów będzie się tylko pogłębiał. 

 

Nie tylko kobiety, ale również mężczyźni często zmagają się z oporną partią, a mianowicie brzuchem. Chcąc spalić tkankę tłuszczową z tego miejsca pogłębiają deficyt kaloryczny, dokładają aerobów, ćwiczą więcej, ciężej. Do tego dochodzi stres. Nie chodzi tylko o stres związany z codziennym życiem (czego w dzisiejszych czasach nam nie brakuje). Stres związany z tym, że ktoś zajechał nam pas, że światło zmieniło się na czerwone, problemy w pracy, w domu, problemy finansowe, mniejsze lub większe. Ogromny stres życiowy może bardzo odbić się na zdrowiu, co jest oczywiste. Dlatego uważam, że nawet najlepsza dietoterapia i suplementacja, nie załatwią problemu jeśli choroba i problem wywołany jest czynnikiem stresogennym, a ten nie zostanie wyeliminowany.

 

I choć mówią, że ,,sport to zdrowie” to uważam, że na pewnym etapie sporty sylwetkowe nie mają zbyt wiele wspólnego ze zdrowiem. Każdy trening, ciężka sesja siłowa, długotrwałe aeroby – wywołują kolejny stres. Więcej treningów, to mniej czasu dla siebie, w tym mniej snu – a więc nie dosypiamy. 
Nie muszę chyba tłumaczyć roli snu, a już szczególnie przy intensywnym i treningowym trybie życia. Niektórzy mówią, że możesz jeść i trenować jak mistrz, ale zaniedbując ten aspekt – nie osiągniesz adekwatnych efektów. 

Tak więc zamyka się błędne koło – praca, trening, dieta, stres -> brak relaksu, brak czasu dla siebie, brak czasu na spacer z bliską osobą, na posiłek w spokoju, nie policzony co do grama itd. itp.
Rośnie poziom kortyzolu. I choć ma on pozytywne znaczenie w pewnym kontekście, tzn. wywołanie stresu i bodziec są konieczne do budowania masy mięśniowej, tak w dłuższym okresie czasu, w zbyt wysokich stężeniach – działa destrukcyjnie, w tym powoduje gromadzenie się tkanki tłuszczowej także w okolicach pasa. 

Kortyzol nie jest zły! Nie jest naszym wrogiem. Dopóki zachowana jest jego równowaga…

Kortyzol to jeden czynnik. Do tego dochodzi również spowalnianie metabolizmu spowodowane głównie zaburzoną pracą tarczycy. Każda redukcja powoduje spadek aktywnego hormonu fT3. Związane jest to ze stresem, niedoborem składników odżywczych, niską podażą energii, niskim poziomem tkanki tłuszczowej i ciągłym napięciem. Metabolizm kolokwialnie mówiąc – zwalnia, a Ty mimo tego, że jesz tyle samo, a nawet mniej – wyglądasz co raz gorzej, czujesz się gorzej, a nawet przybierasz na wadze.

Jeśli nie masz w planach startów, zawodowej kariery w sportach sylwetkowych, a swoimi efektami chcesz się cieszyć długotrwale i bez wspomnianych konsekwencji – nie bądź człowiekiem ,,wieczna redukcja”, a trening i dietę traktuj nie jako przymus i męczarnie, ale jako taki, element który jest dostosowany do TWOICH potrzeb, TWOJEGO trybu życia. Sportowy styl życia powinien być zdrowy i być przede wszystkim tym, co sprawia Ci przyjemność. Pojęcie ,,trenować” za dużo nie oznacza danej liczby treningów w tygodniu. Nie ma magicznej granicy. Każdy z nas obciążony jest innym stresem: jego rodzajem i ilością. Do ilości stresu w naszym życiu należy dopasować swoje treningi i zaplanować odpowiedni okres regeneracji. 

 

 

 

 

Może Ciebie jeszcze zainteresować:

Nadwaga to nie tylko kalorie! DLACZEGO TYJEMY?

Bardzo popularnym stwierdzeniem jest to, że nadmierne kilogramy spowodowane są tylko i wyłącznie nadwyżką energetyczną w diecie. Czy to prawda?…

Anoreksja – gdy choruje głowa i cierpi ciało

4/100 kobiet uważa się za atrakcyjne. W Europie aż 1 osoba na 100 cierpi na anoreksję. Według kryteriów DSM IV –…

Leptyna – hormon sytości i regulator masy ciała

Rok 1994 roku nie jest rokiem niezwykłym tylko dlatego, że jest to data mojego urodzenia. Rok 1994 to rok, w…